Robert J. Szmidt: Stworzyłem polską markę zombie

Przeprowadzałam z Robertem Szmidtem wywiad ponad 10 lat temu, w 2015 roku, tuż po premierze pierwszego tomu „Szczurów Wrocławia”. Wtedy z pełnym przekonaniem zapewniał, że cykl ma precyzyjnie zaplanowany finał i zamknie się w dwóch, maksymalnie dwóch i pół tomach.
Cóż… życie (i literatura) lubią zaskakiwać. Dziś mamy już cztery tomy, a ja zamierzam wrócić do tej obietnicy i zapytać Autora podczas Warszawskich Targów Fantastyki, co właściwie się zmieniło po drodze i gdzie „zgubił” tamto twarde postanowienie 😉
Poniżej wywiad z 2015 roku.
Stworzyłem polską markę zombie
Wywiad z Robertem J. Szmidtem
Robert Szmidt – twórca pierwszej polskiej zombieapokalipsy opowiada o tym, jak ludzie zgłaszają się, by ich uśmiercił, co było zaczynem książki „Szczury Wrocławia” i mimochodem wspomina, co będzie dalej i dlaczego nie wszystkie książki powinny mieć ciąg dalszy.
Kiedyś trzeba było być Goethem i napisać „Cierpienia młodego Wertera”, żeby stworzyć modę wśród młodych ludzi na umieranie. Teraz nastały czasy, że woła Pan na Facebooku: „Hej ho, kto chce u mnie umrzeć?” i zgłasza się trzy tysiące ochotników.
W chwili gdy rozmawiamy, to mniej więcej trzy tysiące sto osób – nie mogę jednak podać dokładnej liczby chętnych, ponieważ ona nieustannie rośnie. Bywają dni, że przybywa kilkudziesięciu nowych kandydatów.
W zasadzie powinnam zacząć ten wywiad od pytania: co to, kurka wodna, jest?
Po pierwsze: zombie to fenomen kulturowy, który ma za sobą już kilka okresów świetności. Dzięki serialowi „The Walking Dead” i książkom Maxa Brooksa zombie znów stały się bardzo modne. To bardzo nośny temat, który pociąga nie tylko młodych ludzi. Ostatnie lata przyniosły znaczne pogorszenie sytuacji, tak politycznej, jak i gospodarczej. Media żerują na strachu, co chwila bombardują nas apokaliptycznymi informacjami, a to że Putin za chwilę rzuci na nas bombę, albo że przyjdą Arabowie i wszystkich nas wysadzą. Massmedia tworzą atmosferę niepokoju, nic więc dziwnego, że ludzie szukają sposobu na odreagowanie. Stąd coraz większa fascynacja fantastyką – jedni uciekają w fantasy, inni, paradoksalnie, w horror albo post-apokalipsę. I tu na scenę wkraczają zombie, żywe trupy, istoty niemożliwe, ucieleśnienie bezmyślnego zła. Walka z nimi w grach, na filmach albo podczas lektury to panaceum na bezsens życia.
Tłumaczy Pan, dlaczego zombie są popularne, ale nadal nie wiem, czym jest Pana książka?
Szczurów Wrocławia nie da się tak prosto sklasyfikować. To melanż kilku gatunków. Najkrócej mówiąc daję czytelnikowi historie alternatywną z elementami horroru, gore i klasyczną opowieść o zombie.
Czyli to apokalipsa według Roberta Szmidta? Zresztą nawiązuje Pan do tego cytując Apokalipsę św. Jana.
A czy te fragmenty nie pasują do akcji? Kto wie, może właśnie te biblijne wersy były przyczynkiem do wymyślenia pierwszych zombie? Mamy tam przecież dokładne opisy ludzi powstających z martwych.
A czy to nie jest jak scenariusz gry komputerowej? Idę i rozwalam – zarażam – kolejne punkty.
To nie ten schemat – w Szczurach Wrocławia bohaterowie częściej giną, niż osiągają cel. Jak w życiu. Nie ma punktów zapisu, nie ma restartu. Jak już wspomniałem, łączę w tej powieści kilka gatunków fantastyki. Mamy więc historie alternatywną Polski z czasów głębokiego PRL-u. Dla młodych czytelników to może być czyste fantasy, świat tak różny od naszego, jak Śródziemie albo krainy, które przemierza Wiedźmin Sapkowskiego. Opisywane przeze mnie sytuacje mogą wydać się dziwne, ale takie to były czasy. Nie było komórek, komputerów, gier wideo, Internetu, hipermarketów: była za to jedna telewizja nadająca programy po trzy godziny dziennie, dwa programy radiowe i kilka gazet. Nawet telefony były wyłącznie dla wybranych. Jeśli władza nie chciała, by ludzie dowiedzieli się o wydarzeniach z innych krajów, miast albo dzielnic, to w żadnych massmediach nie było o nich jednej wzmianki. Tak wyglądała totalna cenzura. W takich czasach przyszło żyć bohaterom mojej książki, a są to najczęściej zwykli ludzie, którzy trafiają w sam środek koszmaru, nie dysponując wyrafinowaną techniką i nie posiadając nowoczesnej broni. Mamy więc idealne tło, by stworzyć naprawdę krwawą opowieść. W „Szczurach Wrocławia” nie brakuje elementów gore i horroru – jest tam wiele scen będących ukłonem w kierunku fanów gatunku, a więc ogromne masakry i okrutne zabójstwa. Z drugiej strony przedstawiam wiernie odwzorowane tło historyczne. Trzecie dno to natomiast zabawa z czytelnikiem, którą prowadzę na kilku płaszczyznach. Mamy tu postacie historyczne, żarty z epoki, anegdoty, a wszystko to umiejętnie wplecione w akcję i dialogi. A pod tym wszystkim kryje się najistotniejszy element, który wyróżnia „Szczury Wrocławia” spośród książek o zombie. Mówię o ochotnikach, którzy zostali bohaterami książki. Nie ograniczam się w ich opisie tylko do użyczania prawdziwego imienia i nazwiska. Spójrzmy na majora Biedrzyckiego, który notabene w tej książce na razie nie ginie. Czytelnik dowiaduje się nie tylko, jaki jest Bartek, ale poznaje też jego rodzinę. Poprosiłem zupełnie mi nieznanego wówczas człowieka, by opowiedział o sobie, a potem wykorzystałem wiele elementów z jego wypowiedzi do konstrukcji bohatera książki. Dowiedziałem się na przykład, że ludzie, z którymi pracuje, postrzegają go jako oschłego, szorstkiego, i że zawsze musi mieć ostatnie zdanie. Taki jest też w książce. Wiele głównych postaci zbudowałem w taki sam sposób – tak jak ją widziałem dzięki ogólnie dostępnym materiałom, np. profilom na Facebooku. Dam jeden przykład: gdy ginie inny z bohaterów, Jeremiasz Bremer, zostaje po nim fraszka. Ta, którą znalazłem na jego profilu. Okazało się, że jest to całkiem utalentowany autor zabawnych wierszyków.
Ta fraszka o słoniu?
Tak. Stąd scena jego śmierci miała taki, a nie inny przebieg. Gdybym musiał szukać porównań, jak wyglądała praca nad konstruowaniem akcji, powiedziałbym, że szedłem tropem Marka Piwowskiego. On także, kręcąc Rejs, wpuścił naturszczyków na plan i pozwolił im grać. Ja postąpiłem podobnie. Opisywałem ludzi znanych mi z Internetu, bądź osobiście, pozwalając im żyć dopóki nie wymyślę sposobu na oryginalne usunięcie ich z tego świata. Bohaterowie odwdzięczyli mi się zresztą za to, nadając mi przydomek Hannibal Lektur.
Czyli to apokalipsa według Roberta Szmidta? Zresztą nawiązuje Pan do tego cytując Apokalipsę św. Jana.
A czy te fragmenty nie pasują do akcji? Kto wie, może właśnie te biblijne wersy były przyczynkiem do wymyślenia pierwszych zombie. Mamy tam przecież dokładne opisy ludzi powstających z martwych.
Myślałam, że zastosował Pan chwyt marketingowy, bo wszyscy, którzy wystąpili na łamach Pana książki i ich rodziny, i znajomi kupią ją.
Przy kilkunastotysięcznym nakładzie dwieście egzemplarzy w tę czy we wtę nie ma znaczenia. To, co zrobiłem, wynikało raczej z żywiołowej reakcji czytelników. Gdyby zgłosiło się kilkadziesiąt osób, wyszłaby mi zupełnie normalna powieść o zombie, ale gdy zgłaszają się setki i to bardzo aktywnych ludzi, dopytujących się miesiącami, co się z ich zgłoszeniem dzieje (akcja naboru trwała ponad dziewięć miesięcy), musiałem na to zareagować. A ludzie pisali do mnie niemal codziennie: „Ja chcę umrzeć, może być głupio, ale ja! Ja!”. Żart polega na tym, że ja ich wcześniej nie znałem, może z wyjątkiem kilkunastu osób. Zdarzało się też i tak, że wybrałem jakieś nazwisko, ogłosiłem to a potem w poczcie widzę maila następującej treści: „Przepraszam, że się narzucam, ale wybrał Pan brata do tej książki i on się teraz ze mnie nabija. Czy nie mógłby Pan mnie też umieścić w książce?”. Zgodziłem się, rzecz jasna, i tak na karty „Szczurów Wrocławia” trafili bracia weterynarze. Obserwowałem ich profile; notowałem odzywki, które tam padały – część dialogów to ich autentyczne słowa. Tak w dużej mierze wyglądała praca nad książką. A wracając do Biedrzyckiego. Przed premierą wszyscy wylosowani dyskutowali, kto z nich ma szanse przeżyć. Bartek był jedynym pewnym, że dotrwa do finału pierwszego tomu, więc dość obcesowo informował kolegów o tym fakcie. Wtedy zebrała się grupa uśmierconych, która napisała do mnie petycję, z prośba o to, bym pozwolił im w kolejnym tomie rozszarpać Biedrzyckiego. Ale to jeszcze nie koniec tej sprawy. Jakiś czas później dostaję w mailu dziecięcy rysunek z podpisem: „Proszę Pana, proszę nie zabijać mojego tatusia” – to była wiadomość od córki Bartka. To piękna anegdota pokazująca, że ludzie żyją moim projektem. Wczoraj po promocji książki poszliśmy na tzw. Patelnię zrobić sobie grupowe zdjęcie pod bilboardem. Było tam ponad trzydzieścioro wylosowanych w koszulkach firmowych. Niektórzy byli ucharakteryzowani na zombie. To wyglądało tak fantastycznie, że zwykli przechodnie zatrzymywali się i robili nam zdjęcia.
A czemu na miejsce apokalipsy wybrał Pan Wrocław?
Pochodzę z Wrocławia, a poza tym epidemia, która wybuchła tam w 1963 roku, to idealny punkt wyjściowy do stworzenia takiej książki. Większość komiksów, filmów, gier i książek o zombie rozgrywa się w niedalekiej przyszłości albo w nieistniejących miejscach. Ja wyszedłem od czegoś, co jest legendą. Kiedy wybuchła epidemia czarnej ospy miałem roczek, więc tych zdarzeń nie mogę pamiętać. Opowiadała mi jednak o nich moja mama – oczywiście o epidemii ospy, nie o apokalipsie zombie. Bardzo dużo dowiedziałem się też od mojego nieżyjącego już ojca chrzestnego, doktora Arendzikowskiego. W 63 roku należał do grupy lekarzy kierujących akcją zwalczania epidemii, to właśnie on zdiagnozował jako pierwszy czarną ospę. Miał z tym niezłe przejścia, bo ówczesna władza nie chciała przyjąć do wiadomości, że w Polsce panuje epidemia takiej strasznej choroby. Uważano, że to wymysły i czarnowidztwo. Ale się uparł i postawił na swoim.
Historia uczy, co może zrobić czarna ospa z Europą.
To prawda. Gdyby mój ojciec chrzestny nie był tak uparty, jego diagnozę przyjęto by do wiadomości parę tygodni później i ofiar mogłoby być znacznie więcej. Znałem tę historię z pierwszej ręki. Jednak dla wielu ludzi epidemia z 63’ jest czymś w rodzaju urban legend. Jakiś czas temu słuchałem młodych ludzi, którzy rozmawiali o tamtych wydarzeniach, opowiadając niestworzone historie: że na ulicach leżały sterty zwłok, których nikt nie zbierał. Że chorych wywożono całymi rodzinami i nikt ich nigdy więcej nie widział, ponieważ zabijano ich po lasach. Ci chłopcy byli święcie przekonani, że to się zdarzyło naprawdę. Pomyślałam, że to genialny zaczyn na książkę, nic tylko siadać i pisać. Ale ta historia wymagała podkolorowania, a że nikt w Polsce nie napisał jeszcze oryginalnej apokalipsy zombie… Pomyślałem, że mam na koncie kilka książek post-apokaliptycznych, parę tysięcy wiernych czytelników, którzy je kupują, więc mogę spróbować podejść poważnie do traktowanej trochę po macoszemu konwencji zombie. Na świecie to się sprawdza. Książkę Maxa Brooksa sfilmowano, angażując Brada Pitta i nagle otrzymaliśmy blockbustera, który zarobił kilkaset milionów dolarów – a to przecież film o zombie, tyle, że wysokobudżetowy, robiony przez poważnych filmowców. Dlaczego więc i my nie możemy podnieść tej poprzeczki? Skoro Amerykanie mogą mieć The Walking Dead, dlaczego my nie możemy mieć czegoś swojskiego w tych samych klimatach? Stworzyłem więc polską markę zombie, które różnią się znacznie od amerykańskich i angielskich pierwowzorów. Starałem się je do pewnego stopnia uprawdopodobnić, co nie jest do końca możliwe, o czym chyba wszyscy wiemy. [Tu nastąpił opis, czym różnią się zombie w wydaniu Roberta J. Szmidta od innych stworów tego gatunku, ale został usunięty na życzenie autora, żeby uniknąć spoilera – przyp. red.].
Nie wyjaśnia Pan, skąd się epidemia zombie bierze i kończy Pan ten tom w wydawałoby się przypadkowym momencie. Zazwyczaj każdy tom powieści opowiada pewną zamkniętą historię, która ma swój początek i koniec. U Pana tak naprawdę rozdział wcześniej też się mogło skończyć. Zostawia Pan czytelnika w takim momencie, że guzik wiedział na początku i guzik wie na końcu, ale w międzyczasie Wrocław zginął.
Każdy popularny serial kończy się cliffhangerem, czyli doprowadzamy akcję do pewnej zagadki, która będzie wyjaśniona w następnym sezonie. Tak samo jest ze Szczurami Wrocławia. Teraz wytłumaczę, dlaczego to nie jest przypadkowy moment. Czytelnik obserwuje w Szczurach Wrocławia pierwszą fazę infekcji. Finał następuje w momencie, gdy wszyscy bohaterowie, prócz Maweta, trafiają tam, gdzie będą potrzebni w kontynuacji. Zoo jest obozem wojska, urzędasy siedzą w Radzie Narodowej, a zwykli ludzie będą bronić swoich domów przy moście Warszawskim. To kończy okres chaosu, który mamy w podtytule. Pyta Pani, dlaczego nie pokazuję przyczyn epidemii? Może wytłumaczenie nie jest możliwe, ponieważ zombie to istota niemożliwa. Może pojawienie się nieumarłych to ingerencja sił wyższych, jak sugerują to cytaty z Biblii? A może to po prostu coś, czego nauka nie zdążyła jeszcze poznać? Ja tę kwestię zostawiam w zawieszeniu. Pokazuję katedrę, w której osoby uduchowione czują bojaźń widząc w infekcji zapowiedź zbliżającego się końca świata. Pokazuję lekarzy, którzy badają zjawisko, ale nie dochodzą do żadnych konkluzji, ponieważ zjawiska te wykraczają poza ich rozumienie – proszę nie zapominać, że mówimy o latach sześćdziesiątych i ówczesnym poziomie wiedzy. Pokazuję żołnierzy i ludzi, którzy padają ofiarą zarazy roznoszonej nawet przez dym z krematoriów.
Ten dym mnie naprawdę zdenerwował. Liczyłam, że palenie zombie okaże się skuteczne.
O to mi chodziło, niepewność ma nam towarzyszyć do samego końca. Nie ma w tej książce jednej postaci, o której można powiedzieć, że na pewno przeżyje do końca. Chciałem pokazać, że to najczęściej przypadek decyduje o tym, czy ktoś przetrwa wojnę albo kataklizm. Szczerze mówiąc – sam nie wiedziałem, kto dożyje do końca oprócz majora Biedrzyckiego, który musi spinać kilka wątków jako pośrednik między różnymi sferami wpływu.
Przyjemnie było uśmiercić wierchuszkę partyjną?
W sumie tak. Żałuję tylko jednej rzeczy, że nie obcięto Cyrankiewiczowi rączek, tak jak on to ludziom obiecywał. Niestety, wpadłem na ten pomysł nieco za późno.
Kiedy pojawi się druga część?
Drugi tom jest już wymyślony, czeka tylko na napisanie. Gdyby można wydać bardzo grubą książkę, to zmieściłbym chętnie tę opowieść w jednym tomie. Ale wydawca powiedział mi wyraźnie, że milion znaków to i tak sporo na książkę – to przecież objętość dwóch standardowych powieści. Mam jednak pomysł, żeby za kilka miesięcy wypuścić książkę o dużo mniejszej objętości, która mogłaby być tomem 1,5. W grach mamy coś takiego jak DLC, w których twórcy domykają pewne wątki albo wprowadzają nowych bohaterów. Mogę zrobić coś podobnego. Dzięki temu zabiegowi będę mógł zacząć drugi tom w zupełnie innym momencie tej historii. Wyjaśnijmy też jeszcze jedną kwestię. Gdy zaczynam pisanie książki, zawsze mam dokładnie wymyślone zakończenie. Przy czym w przypadku „Szczurów Wrocławia” jest to ostatnia scena drugiego tomu. Podczas pisania mnożyły mi się wątki, ale chyba nie odniosła pani wrażenia, że coś jest na siłę dołożone?
Nie.
To teraz proszę sobie wyobrazić, że cała książka miała mieć 500-600 tysięcy znaków. Tymczasem skończyło się na milionie a ja dojechałem zaledwie do połowy, ponieważ w trakcie pracy nad tekstem pojawiały się wciąż nowe koncepcje i pomysły. Nie mogłem zostawić pewnych sytuacji otwartych. Stąd pomysł napisania łącznika pomiędzy pierwszym a drugim tomem, powiedzmy, że nadam mu tytuł „Przedświt”. Skoro wszystko działo się w nocy, co było luźnym nawiązaniem do…
„Zmierzchu”…
… „Nocy żywych trupów”. Jestem mniej romantyczny od Stephanie Meyers.
Tylko trochę. Czy drugi tom będzie kończył całą historię?
Myślę, że tak, chyba że czytelnicy mnie zmuszą do trzeciego.
Właśnie, z pisarzami fantasy jest tak, że zapowiadają koniec, a potem wyrasta im siedmiotomowa saga.
Od dziesięciu lat jestem tłumaczem. Między innymi tłumaczę kilka cykli. Widzę, że przy siódmym, ósmym tomie, nawet najlepsi wymiękają i piszą głupoty. Dlatego nie mam zamiaru powielać ich błędów
Nie będzie Pan z nich brał przykładu?
To jest pewne. Napisałem kiedyś „Apokalipsę według pana Jana”. Ludzie mnie męczą od kilkunastu lat, żeby pisać kontynuację. Odpowiadam, że dopisując ciąg dalszy mogę tylko zepsuć to, co zrobiłem. Jeśli pisze się coś z myślą o cyklu, pisze się tak jak „Szczury Wrocławia”. Wątki zostawia się otwarte, postaci wyprowadza się na pozycje wyjściowe i można pisać dalej. A książki, w której wszystkie karty są na stole, nie ma sensu kontynuować.
Skoro jesteśmy przy temacie kontynuacji: w nowym wydaniu „Samotności anioła zagłady” pojawił się podtytuł „Adam”, więc będzie także „Ewa”?
W nowym wydaniu jest nawet pierwszy rozdział ciągu dalszego, który nie bardzo jest ciągiem dalszym, bo w sytuacji, kiedy giną wszyscy, wolałbym nie fundować opisów przyrody na trzysta stron.
Tam już chyba nie ma w ogóle przyrody?
Ma się odrodzić. Ale nie będę opisywał rozkwitających kwiatów. W scenie finałowej Adam popełnia samobójstwo, ale w ostatnim momencie dostrzega kogoś obcego. Teraz pokażę historię tej osoby.
Łukasz Orbitowski w recenzji „Samotności anioła zagłady” napisał: „Zastanawiałem się, kim będzie ostatni człowiek na ziemi, już wiem, będzie menelem”. Po lekturze „Szczurów Wrocławia” sądzę, że raczej będzie ZOMO-zombie.
Tak, to może się zdarzyć.
Rozmawiała Magdalena Mądrzak