Marek Krajewski: Droga krwi

Marek Krajewski: Droga krwi
Marek Krajewski: Droga krwi

Zanim zacznę recenzję tego kryminału, chciałbym przypomnieć słowa samego autora. Marek Krajewski od lat powtarza, że nie jest natchnionym wizjonerem, lecz rzemieślnikiem literatury. W rozmowie dla Fanbook.tv opowiadał kiedyś o swoim warsztacie – specjalnym stole, przy którym powstają jego książki, oraz o tym, dlaczego bardziej ufa statystyce i systematycznej pracy niż kaprysom muzy. Być może właśnie dlatego jego kryminały od lat zachowują tak wysoki poziom – bo za każdą zbrodnią stoi nie tylko wyobraźnia, ale i żelazna dyscyplina.

Od lat przyglądam się Markowi Krajewskiemu i wcale nie zazdroszczę mu sytuacji. Stworzył dwie kultowe postaci, które wyeksponował w dwóch obfitych cyklach, niekiedy się przeplatających. Mówię o Eberhardzie Mocku i Edwardzie Popielskim. Wyeksponował ich i wyeksploatował. Ciągnąć serie dalej byłoby samobójstwem. Musi teraz stworzyć „coś nowego” i to „coś nowego” musi być na poziomie, do jakiego przywykliśmy. Musi nas urzec tak, byśmy chcieli ruszyć w nową przygodę z bohaterem, którego lubimy lub przynajmniej szanujemy lub jesteśmy ciekawi. W ubiegłym roku ukazał się „Głos z piekła”, w którym mieliśmy okazję poznać studenta psychiatrii Herberta Anwaldta. W „Drodze krwi” Anwaldt, już jako lekarz, przybywa do Wałbrzycha – miasta górnictwa i porcelany.

Wszystko zaczyna się od makabrycznego odkrycia na Galgenbergu, czyli Wzgórzu Szubienicznym w sercu Wałbrzycha. O świcie przypadkowy przechodzień, profesor języków klasycznych (skąd my to znamy) znajduje zmasakrowane ludzkie ciała.

Tymczasem Herbert Anwaldt, młody psychiatra, rozpoczyna pracę w górniczym szpitalu. Wśród pacjentów cierpiących na kiłę oraz pod czujnym okiem Friedy Bernhaus, lekarki zafascynowanej teoriami Freuda, zdobywa doświadczenie, jak by to elegancko ująć, nie tylko zawodowe. W kryminalnym podziemiu toczy się rozgrywka o dochody z przemytu. Okazuje się, że jest coś bardziej dochodowego niż alkohol! Przestępczy trop prowadzi nas do książęcych kopalń oraz do więzienia dla kobiet. Ten wątek wydawał mi się najciekawszy, bo ufam autorowi na tyle, że zakładam, iż opisane tam warunki i relacje nie są wyłącznie wytworem jego zdyscyplinowanej wyobraźni.

Co szczególnie ucieszy wieloletnich fanów Krajewskiego, w „Drodze krwi” pojawia się również Eberhard Mock. To dobre spotkanie, nieprzesadzone, ukazujące dobrze nam przecież znanego Mocka z ciekawej perspektywy.

Teraz moja ocena: wątek kryminalny bez zarzutu, obrzydliwości ludzkiego świata jak u Krajewskiego na stałym, skrajnym poziomie, tak więc nie poleca się pogryzania ciasteczek w trakcie lektury. Może mniej wrażliwe żołądki dadzą radę, ja bym nie mógł. Dawny świat zobrazowany uważnie, szczegółowo, z pietyzmem. Tych, którzy Anwaldta jeszcze nie poznali, informuję, że nie jest on takim perfekcjonistą i pedantem jak jego poprzednicy z kart kryminałów Marka Krajewskiego. Przecież musi się czymś różnić!

Nieco zbyt wiele było, jak dla mnie, pozazawodowych „doświadczeń” młodego lekarza, za to bardzo spodobały mi się zakulisowe intrygi wielkich tego świata i ich wpływ na życie małych żuczków, do jakich i główny bohater, i Eberhard Mock – mimo zajmowanego stanowiska – się zaliczają. Ciekaw jestem, jaką popularność wśród czytelników zdobędzie młody lekarz, zwłaszcza że w tej powieści dokonuje się w nim ważna przemiana, z której wyniknąć może dosłownie wszystko. To tylko podkręca ciekawość.

Lubomir Baker

Podobne wpisy