Mick Herron: Tajne godziny

Mick Herron: Tajne godziny
Mick Herron: Tajne godziny

„Tajne godziny” wyglądają na zwieńczenie serii, którą rozpoczęły wydane w Polsce w 2011 r. „Kulawe konie”, ponad 10 lat po angielskiej premierze, a w każdym razie wiele wyjaśnia w związku z postaciami, które spotkaliśmy w poprzednich częściach. Moim zdaniem można jednak czytać ten tom bez znajomości innych, bo to zamknięta szpiegowska historia, choć nie wyłapiemy wszystkich smaczków.

„Kulawe konie” wprowadziły czytelników w świat brytyjskiego (w zasadzie londyńskiego) kontrwywiadu. W strukturze MI-5 znalazła się wyjątkowa jednostka. Bohaterowie Herrona są wyrzutkami służby. Opisy pracowników Slough House to wyjątki z losu korpoludków; nieustannie rozmyślają o swojej wpadce, niedocenieniu w MI-5 (w pracy), chęci powrotu do dawnych zadań. Narzekają na stary sprzęt komputerowy, obsługują niszczarki, dokonują transkrypcji z nagrań, piszą raporty o gotówkowych zakupach nieruchomości (nudne i nikt ich nie czyta), grzebią w śmieciach figuranta. Jedynym pracownikiem w lepszej sytuacji jest informatyk, programista, haker, który stworzył program pozorujący nudną pracę, a sam surfuje; ale on ma problem ze znalezieniem powodów swojego zesłania (bo są na papierze). W opisie ich sytuacji pada sformułowanie: „żałosna urzędnicza robota”.

Moja wiedza o technikach służb specjalnych w zasadzie zatrzymała się na zimnej wojnie. Z przyjemnością przeczytałem, że w przesyłkach MI-5 stosuje się teczkę depozytową, która przy próbie otwarcia bez wpisania właściwej sekwencji pali zawartość, chroniąc ją przed niepowołanymi. Jest to zupełna nowość, bo jeden z zesłanych zostawił w wagonie metra dysk top secret, a nazajutrz opublikowano jego treść w BBC. Pełnoprawnych pracowników MI-5 (z Regent’s Park, a nie ze Slough House) szkolono w technikach opierania się torturom. W MI-5 mogą używać prowokacji i jeden z nieudaczników prowadzi stronę internetową dla niezadowolonych, zwykle „prawdziwych Anglików”. W tomie drugim zesłana agentka wykonuje zadanie na kresce kokainy – bardzo efektywnie.

Ze szkoły zapamiętałem pewien angielski idiom: „zimny jak ogórek”. W treści wynalazłem inne, frapujące mnie: „wyparzony jak próg drzwi”, „kobieta o twarzy policjantki z drogówki”, „wyglądała jak coś, co świnie targały po podwórku” – warstwa językowa jest naprawdę warta uwagi i satysfakcjonująca. Podobnie jest i w kolejnych tomach. Podziwiam niewyświechtane porównania autora, choć przyznam, że wyższościowy ton, jaki pobrzmiewa w jego książkach, nieco mnie drażnił. Przy lekturze towarzyszy mi uczucie, że Herron łaskawie wpuszcza nas, profanów niezwiązanych z wywiadem, do tajemniczego świata, by odsłonić go na tyle, byśmy dalej pozostali niczego nieświadomi.

Jak zwykle po przydługim wstępie krótka recenzja „Tajnych godzin”. Akcja rozgrywa się w dwóch planach czasowych. Jednym jest współczesna Wielka Brytania, w której premier zamierza utrzeć nos MI-5 i powołuje komisję do zbadania prawidłowości jej funkcjonowania. Sąd posadził Ala Capone za podatki, a premier chce załatwić wywiad za niewłaściwe wydatkowanie pieniędzy. Najzabawniejszą i zarazem uniwersalną częścią książki jest dobór osób do zasiadania w tej komisji. Zdradzę tylko jeden fragmencik, otóż sir Winston zasiada w niej, bo jego „rysy zdawały się stworzone, by zdobić popiersie, a może nawet znaczek pocztowy” – słowem był człowiekiem idealnym do zasiadania.

Drugim planem jest Berlin po upadku muru, a konkretnie brytyjska placówka tamże.

Komisja w teorii działa, a w praktyce nie może, bo zamykają się przed nią kolejne drzwi. Nagle coś się zmienia, bo ktoś wykonał pewien znaczący ruch i śledztwo rusza.

W światku literackim dyskutuje się, jak bardzo Herron sięga do le Carre’a. Ujawniam, że wzorem tego wielkiego pisarza bardzo mocno dostaje się „mandarynom”: brytyjskim biurokratom i politykom, gdy autor omawia „instytucjonalny rasizm”, „nie wychylaj się”, „przylgnięcie opinii osoby kłopotliwej”, „Zanim cokolwiek pójdzie nie tak, zawsze najpierw ustal, kto będzie winny” itp.

Gorąco Państwu rekomenduję lekturę tej powieści, jeśli tylko zniosą Państwo besserwisserski styl autora.

Podobne wpisy