Joe Hill: Król Smutek

Smok, sześciu przyjaciół i prawie 900 stron kłopotów.

Joe Hill ma pewien problem. Nieważne, jak dobrą napisze książkę, zawsze znajdzie się ktoś, kto najpierw przypomni, że jest synem Stephena Kinga. Można współczuć. Można też napisać powieść o smoku, który pożera ludzi. Hill wybrał to drugie.

Po dziewięciu latach od „Strażaka” wraca z „Królem Smutkiem” – opowieścią, w której jest wszystko, co powinno wzbudzić niepokój (ale i ciekawość) u rozsądnego człowieka: stara biblioteka, rzadkie książki, okultystyczny dziennik oprawiony w ludzką skórę, sześcioro przyjaciół i pomysł, który na początku wydaje się genialny. Przywołajmy smoka. Smok załatwi nasze problemy.

No cóż. Nie załatwi.

Arthur Oakes zostaje zmuszony do kradzieży cennych książek z uczelnianej biblioteki. Przyjaciele postanawiają go ratować i sięgają po dziennik okultysty Enocha Crane’a. Wzywają smoka, który rzeczywiście spełnia ich życzenie. Jest tylko drobny szczegół: stworzenia tego rodzaju nie pracują charytatywnie. Cena okazuje się wysoka. Co roku trzeba złożyć ofiarę Królowi Smutkowi. Jeśli nie, smok wybierze ją sobie sam. Od czasów mitów greckich znamy tę historię, jednak czy na pewno?

Bowiem nagle niewinna historia o przyjaźni, młodości i brawurowym planie ratunkowym zamienia się w wieloletnią próbę tego, ile właściwie warte są nasze zasady, kiedy rachunek za własne decyzje przychodzi po latach.

Hill nie spieszy się z opowiadaniem. Wręcz przeciwnie. „Król Smutek” to blisko 900 stron, więc jeśli ktoś uważa, że współczesny horror powinien być krótki i dynamiczny, ma prawo poczuć pewien niepokój jeszcze przed otwarciem książki. Zwłaszcza że amerykańscy czytelnicy, choć w większości bardzo dobrze przyjęli powieść, zwracają również uwagę na jej rozmach i momenty, w których historia mogłaby podobno trochę zwolnić… albo właśnie skończyć się wcześniej.

Jednak może o to chodzi. Hill nie próbuje napisać kolejnego szybkiego horroru na weekend. Buduje własną mitologię, miesza grozę z fantasy, opowieścią o dorastaniu, przyjaźni, winie i zemście, a przy okazji bawi się jednym z najstarszych literackich pytań: co by było, gdybyśmy naprawdę dostali to, czego najbardziej pragniemy?

Odpowiedź w „Królu Smutku” jest dość przewidywalna.

Lepiej uważać. Zwłaszcza jeśli spełnienie życzenia wymaga przywołania smoka.

Jeśli ktoś nadal chce przede wszystkim wiedzieć, czy Joe Hill jest „następcą Stephena Kinga”, odpowiedź jest chyba prostsza: po tylu latach naprawdę warto już przestać pytać. „Król Smutek” jest ciekawszy jako książka Joe Hilla niż jako kolejny dowód na to, że horror może być dziedziczny.

Podobne wpisy