Manuela Gretkowska: Milionerka

Manuela Gretkowska to autorka, która lubi szokować, jej publiczne wypowiedzi mają prowokować, boleć, drażnić. Jej wyzwolenie seksualne, śmiałość w mówieniu o sprawach intymnych, tak publicznie, jak i w książkach, ma uczynić z Gretkowskiej zjawisko, które onieśmiela. Jej ofensywna antykatolickość i feminizm mają dawać policzek wszystkim ciemnogrodzianom, mają wyszydzać, drwić, wkurzać. Dostrzegam to i nie kupuję, bo to wygląda na produkt, który autorka chce wcisnąć i o tym także, choć nie przede wszystkim, jest jej „Milionerka”.

Zanim jednak dotrę do sedna, czyli najnowszej powieści, wyjaśnię, dlaczego nie kupuję oficjalnego, lansowanego wizerunku Gretkowskiej. Ponieważ co jakiś czas czytam jej książki niepoświęcone polityce, tylko literackie. Z pierwocin najbardziej podobały mi się opowiadania zebrane w tom pt. „Namiętnik”. Były pełne ludzkiej wrażliwości. Od Gretkowskiej dowiedziałem się, czym jest anoreksja. To był rok 1998. Nie wiem, dlaczego na dłużej zerwaliśmy. Przeczytałem „Polkę” bez zachwytów, a po latach sięgnąłem po „Faworyty” oraz „Poetkę i księcia”. Jakoś podskórnie czułem, że jeśli ktoś ze współczesnych polskich pisarzy miałby opisać całą niemoralność i ostentacyjną wprost ordynarność świata epoki króla Stasia, stawiałbym na Manuelę Gretkowską. Wywiązała się z tego zdania fenomenalnie. Gdybym miał tę książkę do czegoś przyrównać, to może do „Niebezpiecznych związków”, ale tam chodziło tylko o zabawę znudzonych arystokratów. Tu mieliśmy rzeczowe i bezwzględne dążenie do władzy. Autorka udźwignęła z wdziękiem i dezynwolturą zarówno bezwstyd, jak i ordynarność polityki, która nie bierze jeńców. W „Poetce i księciu” chciałem odbrązowienia legendarnego Giedroycia. Dostałem je, ale wraz całą gamą nieoczekiwanych wzruszeń. Przekonałem się, że wrażliwość i piękny język są prawdziwymi domenami chętnie epatującej wulgarnością autorki.

Dotarliśmy wreszcie do miejsca, w którym opiszę wrażenia z lektury „Milionerki”. Główna bohaterka Zofia Potocka de domo Ulacht to tytułowa milionerka. Przodkowie byli piekarzami, a jej dziadek i tata krok po kroku dorobili się fortuny. Adam Ulacht nie jest po prostu bogaty. Ma taki majątek, że wspiera amerykański program kosmiczny i zderzacz handronów. To on aranżuje małżeństwo córki z księciem. Nic mniejszego go nie satysfakcjonuje.

Drugim ważnym bohaterem jest pisarz, słynny, utalentowany, urodziwy. Przed światem broni się szyderstwem.

Osią książki jest ich znajomość. Zupełnie odbiegająca od sztampowych romansów. Wokół tej osi kręci się cały świat, sportretowany bez wazeliny. Każdy czytelnik może sobie wybrać ulubiony światek, któremu się obrywa: głupi pisarze i prostaccy wydawcy, maltretowane żony Konstancina, patologiczni, zdegenerowani celebryci, wreszcie arcyodjechani bogacze. Rzecz jasna Gretkowska nie byłaby sobą, gdyby nie dowaliła Kościołowi i jego wiernym, ale to wyraźnie siedmiorzędny tym razem wątek, aż się dziwię. Wprawdzie największy sadysta z Konstancina to opozycyjny dziennikarz, mający rodzinę z tradycjami niepodległościowymi i wżenioną w Piłsudskich, ale i środowisku Krytyki Politycznej dostaje się za swoje. Autorka pisze, że w ich redakcji rozmowy sprowadzają się do tego, „kto sensowniej głosował na Zandberga”.

Nie jest to jednak powieść o polityce, tylko o życiu w schemacie i wynikających z niego powinności. Któż z nas nie marzy o byciu milionerką/milionerem! Jednak ta powieść pokazuje, że za wszystko się płaci, a cena może być ciężka do udźwignięcia. Powiecie, że chętnie się pomęczycie za pieniądze, jakie ma Zofia Potocka. Może i macie rację, ale warto przeczytać, żeby wiedzieć na pewno.

Jak zwykle Gretkowska najlepsza jest, gdy rezygnuje z wulgarności. Ładnie ujęła na przykład sytuację, w której ludzie słuchają miniwykładu ojca Zofii, który „dzielił się przemyśleniami wśród wyznawców jego bogactwa”. Jakie to częste zjawisko i jak trafnie ujęte.

Jest to jeszcze powieść o nieuchronności końca i strachu przed nim. Jakikolwiek jest nam przeznaczony. Autorka znalazła w tej książce miejsce na literacki hołd dla Joanny Kołaczkowskiej. Ten fragment zostanie ze mną na dłużej, mimo szargania świętości. Nigdy już nie spojrzę na psi ogon inaczej niż jako kreatora kosmicznego porządku. Za to dziękuję. Doskonała jest też diagnoza rozwoju osobistej wolności kobiet na podstawie trzech klasycznych książek. Nie zdradzę jakich, ale spodobał mi się koncept.

To szczupła książka. Autorka nie utopiła sensu w zalewie słów. Zostawiła pakiet przemyśleń. Taka jest właśnie dobra literatura, jeśli wolno mi o tym wyrokować.

Podobne wpisy