Bogumił Wójcik: Wokulski
Dygresja pierwsza: ręka w górę, kto w liceum pisał wypracowanie o tym, czy Wokulski wysadził się w ruinach Zasławia. Ja też. Nie miałem wtedy wątpliwości, że rozsądny facet ze sporą kasą nie może zginąć przez głupią lalkę, znaczy Łęcką. Potem usłyszałem piosenkę Jacka Kaczmarskiego „Lalka, czyli polski pozytywizm”, która kończy się słowami: „W powietrze wylatuje zamek, Stając się marzeń rozpadliną – Rzecki umiera weteranem, Wokulski – znika pod ruiną” i moja pewność nieco osłabła. Niejeden raz od tego czasu czytałem „Lalkę”, z biegiem lat coraz bardziej rozkoszując się tą niezwykle nowocześnie napisaną powieścią. Niepewność w kwestii losów Wokulskiego we mnie trwała. To nie było przyjemne uczucie.
Dygresja druga: kiedy powstaje kontynuacja znanej powieści, napisana przez innego pisarza, walczą we mnie dwa wilki. Pierwszy, ciekawski, radzi, by czytać, bo to fascynujące. Drugi – konserwatysta i typ rozsądny – doradza wstrzemięźliwość, bo po przeczytaniu dalszego ciągu nic już nie będzie takie jak wcześniej. Na przykład bardzo żałuję, że go nie posłuchałem i przeczytałem Andrzeja Stojowskiego „W ręku Boga”, który zmierzył się z bohaterami Trylogii.
Recenzja właściwa: Doskonale, że zdecydowałem się czytać „Wokulskiego” Bogumiła Wójcika, autora dotąd mi nieznanego. Wyzwolił mnie z wiecznej niepewności, co do losów bohatera, przywrócił wiarę w rozsądek młodego chłopaka, który wierzył, że nie mógł się zabić z miłości ten, który miał siłę wydźwignąć się z poważniejszych niż źle ulokowane uczucie tarapatów.
Pan Wójcik nie pisze jak Prus, zresztą wcale tego nie oczekiwałem, ale posługuje się polszczyzną na tyle elegancką, że możemy uwierzyć w jej zamierzchłość. Pozwolił sobie na wypłynięcie na szerokie wody. Nie ograniczył się do płytkiej sadzawki polskiego, a konkretniej warszawskiego piekiełka, ale kazał się wybrać Stanisławowi Wokulskiemu do carskiego imperium, do dalekiej i bliższej Azji i oczywiście do Paryża. To wyprawy odbywane w interesach (pan Suzin gra w nich pierwsze skrzypce), ale też w poszukiwaniu dalszego sensu życia. Poznajemy równolegle losy Kazimiery Wąsowskiej, Heleny Stawskiej, sklepu, który przejął Szlangbaum, młodego naukowca Ochockiego i kilku innych postaci. Tak, Izabeli także.
Inaczej niż u Prusa, który poza wspomnieniem o powstaniu styczniowym praktycznie nie pisał o rosyjskim zaborcy, Wójcik nie unika związanych z carskim panowaniem tematów. Ta warstwa też jest ciekawa, bo noc apuchtinowska to nie była dla Polaków bułka z masłem. Mały cytat z tym związany: „Pomyślał, że mimo iż świat idzie naprzód, pod dyktando elektryczności i pary, carat nie zmienia swego oblicza; a może to człowiek się nie zmienia i carat tylko wydobywa z niego to, co najgorsze?”.
Bardzo żałuję, że nie mogę napisać, co i dlaczego najbardziej mi się podobało. Napiszę tylko, że mógłbym tę książkę z łatwością przeczytać w jeden wieczór, ale celowo czytałem po dwa-trzy rozdziały, by cieszyć się nią dłużej. Po lekturze „Wokulskiego” mój świat „Lalki” Prusa się zmienił. Bardzo jestem z tego powodu ukontentowany.
Lubomir Baker