Michał Organiściak: Poławiacze sunu

Lubomir Baker recenzuje książkę Michała Organiściaka pt.: „Poławiacze sunu” i woła przy tym: Ahoj, przygodo!

Michał Organiściak Polawiacze sunu
Michał Organiściak Polawiacze sunu

Ahoj, przygodo! To najlepszy możliwy wstęp do recenzji książki, która jest doskonałą powieściową wariacją na temat „Piratów z Karaibów”.

Jak to mam we zwyczaju, zanim przejdę do recenzji właściwej, parę myśli natury ogólnej. Po pierwsze, mam chorobę morską i nie lubię powieści marynistycznych, więc siadałem do lektury nabzdyczony. (Szybko mi to nabzdyczenie przeszło). Po drugie, uwielbiam debiutantów, bo jeszcze nikt mi nie powiedział, czy są dobrymi, czy złymi pisarzami, więc sam mogę ustalić trend. (Pan Organiściak jest u mnie na trendzie wznoszącym). Po trzecie, mam zagwozdkę, czy Autor najpierw widział „Piratów z Karaibów”, gdzie Jack cały czas zachowuje się jak mocno nawalony (wybaczą Państwo mój francuski), czy też nurkował radośniepodziwiającrafękoralowąi nagle pomyślał, co by to było, gdyby rafa była narkotykodajna?

Może było jeszcze inaczej, faktem jest, że „Poławiacze sunu” mają klimat karaibskiego morza, bohaterowie w wersji na galowo noszą charakterystyczne krótkie culotte, „spod których wystaje nieskazitelna biała pończocha” i poruszają się landem z herbami. Tytułowe sunu to narkotyk, który wydobywa się z rafy koralowej, a jego eksploatacjaobarczonajest niebezpieczeństwem, bo koralowce mają strażników, a poza tym niejeden możnowładca chce być jedynym poławiaczem i trwa walka o władzę oraz terytoria. Wśród rozgrywających o najwyższe stawki są Koralowy Lord, Baron Pigmentu i piękna księżna wdowa.

W takim świecie przyszło żyć Martenowi – znakomitemu nawigatorowi, który marzy o zostaniu kapitanem. Jest dosłownie o parę chwil od realizacji tego pragnienia, gdy na scenę wydarzeń wkracza jego młodszy brat Cobar – źródło wiecznej troski i permanentnych kłopotów. Wysłany, by kończył studia prawnicze, wikła się w miłosną przygodę z niewłaściwą panną. Marten – urodzony i wybitny żołnierz oraz Cobar o niesprecyzowanych ambicjach i wielu talentach muszą wspólnie stawić czoło całemu światu oraz zabójczemu uzależnieniu od sunu. Jest w tym świecie magia, którą wzmaga narkotyk i są magiczne istoty oczywiste (czarodziejki) i nieoczywiste – prawie zupełnie nieznane fantastyce (plus dla autora za kreatywne czytanie „Władcy pierścieni” – przynajmniej ja mam takie skojarzenia).

Krótkie rozdziały z nadanymi tytułami, co wydaje się sztuką zanikającą w polskiej prozie, nadają akcji dynamiki. Nie ma rozwlekłych opisów, jest delikatny humor (nic nie poradzę, że najśmieszniejsze miejsce w całej historii kojarzy mi się z bajką „Biały delfin Um”) oraz jest ciekawa, wielowątkowa, wieloplanowa i niegłupia opowieśćz potencjałem na więcej. Cała historia zaczyna się od sceny pojedynku na pistolety między Martenem a zdradzonym mężem. Kończy się znacznie bardziej wybuchowo. Pomiędzy zaś są bitwy morskie, bale maskowe, upał, rum, piękne kobiety i ambitne zakapiory spod ciemnej gwiazdy. Zapewniam, że między początkiem a końcem czas minie niepostrzeżenie.

Podobne wpisy